
Jak marki zegarkowe „z historią” reagują na ekspansję microbrandów?
Jeszcze kilka lat temu rynek zegarkowy był wyraźnie uporządkowany. Z jednej strony funkcjonowały duże, historyczne manufaktury, oferujące produkty oparte na dziedzictwie, renomie i długiej obecności na rynku. Z drugiej – marki modowe, sprzedające zegarki jako dodatek do stylu życia, często kosztem jakości i zegarmistrzowskiej treści.
Dzisiaj w lukę pomiędzy prestiżem a masowością weszły microbrandy – niewielkie firmy, często zakładane przez pasjonatów, które oferują atrakcyjny design, solidną specyfikację techniczną i uczciwy stosunek ceny do jakości. Ich rosnąca popularność zmusza „stare” marki do reakcji. Pytanie brzmi: jakiej i czy zawsze skutecznej?
Czy microbrandy faktycznie wpływają na uznane marki z niskiego i średniego szczebla?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto przyjrzeć się najważniejszemu wskaźnikowi w branży zegarkowej – sprzedaży. Według raportu Morgan Stanley/LuxeConsult dotyczącego stanu szwajcarskiego przemysłu zegarkowego w 2024 roku, segment entry i mid-level – czyli zegarki w cenach od kilku do kilkunastu tysięcy złotych – znalazł się pod presją zarówno spadku popytu, jak i rosnących oczekiwań klientów. Analiza opierała się na danych prezentowanych przez marki z ugruntowaną pozycją i tradycją, wykluczając przy tym microbrandy.
Raport pokazuje, że wiele tradycyjnych producentów odczuło skutki spowolnienia rynkowego i rosnącej konkurencji ze strony microbrandów. Przykłady z rynku szwajcarskiego mówią same za siebie:
- Tissot – spadek sprzedaży o 8% rok do roku
- Certina – spadek o 15%
- Hamilton – spadek o 14%
- Oris – spadek o 23%
W tym samym czasie Longines utrzymał sprzedaż na poziomie 1,1 mld CHF, co oznacza wzrost udziału w rynku względem Tissot, nieco tańszego partnera w Swatch Group. Wyjątkiem w segmencie poniżej 5000 CHF był TAG Heuer, który dzięki popularnej linii Carrera odnotował wzrost o 9%.
Nie byłoby uczciwe przypisywać te spadki wyłącznie microbrandom, jednak ich rosnąca obecność zmienia dynamikę segmentu entry i mid-level.
Poza twardymi liczbami widać to także w codziennym życiu branży: na grupach i forach zegarkowych pojawia się coraz więcej pytań o microbrandy. Komentarze typu „Mam x000 zł na zegarek, pokażcie, co macie z microbrandów” stają się normą. Kwota, która jeszcze kilka lat temu najczęściej trafiałaby do Tissota czy Certiny, dziś w dużej części zasila budżety microbrandów.
Czym microbrandy zagroziły markom z historią?
Microbrandy zazwyczaj nie zagrażają pozycjom marek z najwyższej półki ani światu haute horlogerie. Choć jakościowo niektóre z nich potrafią naprawdę zbliżyć się do szczytowego poziomu, to w praktyce nikt raczej nie wybierze Baltica Aquascaphe zamiast planowanego Blancpain Fifty Fathoms. Prawdziwy wpływ microbrandów jest odczuwalny przede wszystkim w segmencie entry i mid-level.
W przedziale cenowym do około 10 tysięcy złotych klienci coraz rzadziej kierują się wyłącznie logo na tarczy. Duże znaczenie zyskują takie czynniki jak jakość wykonania, specyfikacja techniczna, transparentność pochodzenia komponentów oraz realna wartość, jaką zegarek oferuje w swojej cenie.
To właśnie microbrandy w dużej mierze przyczyniły się do tej zmiany. Opierając swoją komunikację na mocnych stronach produktu – takich jak konkretna specyfikacja, unikalny design czy wysokiej jakości materiały – edukują rynek i podnoszą świadomość klientów. W efekcie coraz więcej osób przekonuje się, że istnieją realne alternatywy wobec dotychczasowych, „domyślnych” wyborów w tym segmencie cenowym.
Komu najbardziej „zagrażają” microbrandy? Przede wszystkim markom znajdującym się w sektorze między Casio a Longines. Właśnie te zegarki przestały być jedyną oczywistą i rozsądną opcją. Rynek się poszerzył, a klienci nauczyli się porównywać nie tylko marki, ale także konkretne rozwiązania i szczegóły techniczne, co zmienia zasady gry w segmencie entry i mid-level.
Reaktywacja archiwów – historia jako broń konkurencyjna
Jedną z najczęstszych reakcji marek z długim rodowodem jest sięganie do własnych archiwów. Reedycje, modele typu „heritage” oraz reinterpretacje dawnych ikon pozwalają im przypomnieć klientom o historii, której microbrandy po prostu nie posiadają.
To nie jest wyłącznie nostalgia. Dobrze zaprojektowana reedycja stanowi świadome narzędzie budowania przewagi narracyjnej – pokazuje ciągłość, doświadczenie i kulturowy kontekst, którego nie da się stworzyć w ciągu kilku lat działalności. Dla wielu klientów historia wciąż pozostaje wartością, o ile idzie w parze z nowoczesnym wykonaniem.
Przykłady z ostatnich lat pokazują, jak marki wykorzystują swoje archiwa w praktyce. W 2022 r. Seiko przywróciło legendarną linię King Seiko, opartą na kultowych modelach z lat 60. i 70., oferując współczesne mechanizmy przy zachowaniu charakterystycznego designu. Longines rozwija linię Flagship Heritage – klasyczne zegarki z lat 50.–60., których najnowsze wersje, w tym warianty z fazą księżyca, pojawiły się w 2024 r. Z kolei Aquastar reaktywował swój kultowy model Benthos z lat 70., tworząc nowoczesne interpretacje pierwowzoru z automatycznym mechanizmem i zachowaną stylistyką historycznego divera. To tylko niektóre z dziesiątek przykładów.

Poprawa specyfikacji – koniec „gołych” podstaw
Microbrandy znacząco podniosły oczekiwania techniczne klientów. Szafirowe szkło, solidne bransolety czy topowa jakość wykonania, a nie dodatkiem premium. W odpowiedzi marki z historią coraz rzadziej oferują zegarki o specyfikacji „wystarczającej”. Nawet w bardziej przystępnych liniach widać wyraźną poprawę jakości detali, wykończenia i ergonomii. Specyfikacja techniczna przestała być tematem tabu – bo dzisiejsi klienci porównują zegarki znacznie bardziej świadomie niż dekadę temu.
Dobrym przykładem jest Certina i jej linia DS Action Diver, która w latach 2021–2024 przeszła znaczącą modernizację. Marka, wcześniej postrzegana jako „rozsądna, ale nijaka”, podniosła poziom swoich diverów w odpowiedzi na konkurencję ze strony microbrandów nurkowych, takich jak Zelos czy Christopher Ward, które wcześniej wyróżniały się specyfikacją.

Nie wszystkie marki jednak nadążają za tym trendem. Przykładowo, w linii Seiko Presage nadal znajdziemy modele ze szkłem mineralnym w cenie ok. 3 tys. zł, a w niektórych Citizenach (nawet w nowych, flagowych modelach) bransolety przypominają grzechotki z puszek do piwa.

Nowe linie i submarki – eksperyment bez ryzyka
Część dużych marek reaguje na ekspansję microbrandów, tworząc nowe linie produktowe, które pozwalają eksperymentować bez naruszania głównej tożsamości brandu. Pojawiają się kolekcje o nowocześniejszym designie, odważniejszych proporcjach czy bardziej przystępnym poziomie cenowym, często kierowane do młodszych odbiorców. To strategia obronna: zamiast bezpośredniej walki cenowej – kontrolowany eksperyment, który pozwala sprawdzić reakcję rynku bez ryzyka dla reputacji budowanej przez dekady.
Dobrym przykładem jest Citizen i linia Series 8, wprowadzona globalnie w latach 2021–2022. To kolekcja nieco odcinająca się od klasycznego wizerunku marki – z nowoczesną estetyką, lepszym wykończeniem i innym pozycjonowaniem.
Podobną drogą podąża Timex, który poprzez linię Timex Atelier próbuje zerwać z wizerunkiem wyłącznie budżetowej marki. Atelier stawia na bardziej wysmakowane projekty, lepsze materiały i stylistykę inspirowaną zegarkami mechanicznymi z wyższej półki, pozostając jednocześnie w rozsądnym segmencie cenowym.


Słuchanie potrzeb klientów – koniec projektowania w próżni
Microbrandy od początku budowały swoją pozycję nie tylko na bezpośredniej sprzedaży, lecz przede wszystkim na uważnym wsłuchiwaniu się w oczekiwania odbiorców. Ankiety, komentarze w mediach społecznościowych, fora internetowe czy bezpośrednie rozmowy z klientami wpływały realnie na decyzje projektowe – od wymiarów koperty, przez rodzaj mechanizmu, po detale wykończenia.
Ten sposób myślenia coraz wyraźniej przenika do świata marek heritage. Tradycyjni producenci zaczynają dostrzegać, że projektowanie „z góry na dół”, oparte wyłącznie na wewnętrznych założeniach i archiwach, nie zawsze odpowiada współczesnym oczekiwaniom rynku. Efektem są modele będące odpowiedzią na konkretne postulaty klientów (np. mniejsze średnice kopert, lepsze bransolety, czytelniejsze tarcze czy jasno komunikowana specyfikacja techniczna).
Dobrym, bardzo aktualnym przykładem jest Tissot PRX w wersji 38 mm. Po ogromnym sukcesie PRX-a w 35 i 40 mm, w środowisku zegarkowym przez długi czas powracały głosy, że brakuje czegoś pomiędzy. Czterdziestomilimetrowa wersja nosiła się na wielu nadgarstkach jak zegarek wyraźnie większy, natomiast wariant 35 mm dla części męskich użytkowników okazywał się po prostu zbyt mały. Tissot te sygnały usłyszał i wprowadził wariant 38 mm, który dla wielu klientów okazał się brakującym elementem tej układanki. To nie była rewolucja technologiczna, lecz świadoma korekta projektu oparta na realnych oczekiwaniach rynku.
Choć „korporacyjne” marki wciąż zachowują większy dystans niż microbrandy, zmiana jest zauważalna. Klient przestaje być anonimowym odbiorcą gotowego produktu, a zaczyna pełnić rolę punktu odniesienia w procesie rozwoju. W świecie, w którym konsumenci porównują zegarki bardziej świadomie, umiejętność słuchania staje się równie ważna jak dziedzictwo i renoma.

Konkurencja czy zdrowa równowaga? Zdrowa konkurencja!
Microbrandy nie niszczą rynku zegarkowego – one go cywilizują. Zmuszają duże marki do większej transparentności, lepszej specyfikacji i uczciwszego podejścia do klienta.
Jednocześnie same microbrandy uczą się, jak trudne jest zbudowanie marki, która przetrwa dekady. Rynek nie stał się polem bitwy, lecz ekosystemem, w którym tradycja i świeżość wzajemnie się korygują. I to właśnie ta równowaga może okazać się dla nas klientów największą wartością.




