
Tomasz Tomanek (YT: O zegarkach): Zegarki są niepotrzebne, dlatego są piękne
Z Tomaszem Tomankiem, założycielem kanału „O zegarkach” rozmawiamy o tym, skąd się bierze pasja do czasomierzy, podejściu do loga na tarczy i dlaczego – paradoksalnie – największy sens w zegarkach tkwi w ich… bezsensie.
Obiektywnie zegarki to urządzenia, które obecnie są całkowicie zbędne. Kwestia „biżuterii dla mężczyzn” też powoli schodzi na drugi plan bo fakt, że masz na nadgarstku coś innego niż smart watch docenisz najprawdopodobniej tylko ty sam (no chyba, że akurat jesteś w towarzystwie entuzjastów zegarkowych). Dlaczego zatem je kochasz?
Jak wspominałem jeszcze przed nagraniem – jestem inżynierem elektrykiem, technikiem elektroniki ogólnej, hobbystycznie piszę też oprogramowanie. Wszystko, co robię zawodowo, wiąże się z ruchem elektronów, kodem i komputerami. A zegarki są… zupełnie z innego świata. Mają w sobie coś z magii, coś, co wymyka się logice.
Zawsze lubiłem rzeczy, które niosą w sobie odrobinę sacrum. Od lat fascynuje mnie fotografia – to, jak światło splata się z czasem w jeden obraz. Zegarki są dla mnie czymś podobnym. Czymś niepotrzebnym, ale przez to właśnie wyjątkowym.
W dzisiejszych czasach nie potrzebujemy zegarków mechanicznych. Mamy telefony, komputery, smartwatch’e. A jednak sięgamy po mechanikę, bo nie musimy – ale możemy. I w tym „można” jest cała magia.
Poza tym – w zegarkach wszystko widać. W mojej pracy z prądem nie widzisz nic – elektronów nie obejrzysz, nie dotkniesz. A tu patrzysz i widzisz, jak to wszystko pracuje. W tym jest jakaś niezwykła naturalność.
Kiedy mamy zapewnione podstawowe potrzeby – dach nad głową, jedzenie, bezpieczeństwo – to nie możemy żyć tylko tym, co konieczne. Człowiek potrzebuje równowagi. Hobby właśnie po to jest – żeby czasem coś „zmarnować”.
Miałeś kiedyś moment zwątpienia wobec swojego hobby?
Miewam dołki fascynacji. Myślę, że właśnie w takim momencie teraz jestem. Ostatni raz miałem coś podobnego jakieś trzy lata temu.
Z natury nie potrafię być tylko konsumentem. Jak już się w coś angażuję, to tworzę – fotografuję zegarki, nagrywam filmy na YouTube, poznaję ludzi z tej społeczności. To mnie nakręca. Ale czasem przychodzi przesyt.
Kiedy przez ręce przewinęło się już tyle zegarków, że właściwie wszystko się widziało, zaczyna się tęsknić za prostotą. Wtedy robię sobie „zegarkową głodówkę” – zostawiam sześć zegarków w rotomacie i przez dwa miesiące nie sięgam po inne. I wiesz co? Po takim oddechu znów odkrywam radość.
Myślisz, że z tej „zegarkowej choroby” da się wyleczyć?
Nie nazwałbym tego chorobą. Słowo „choroba” brzmi pejoratywnie, jakby trzeba było to leczyć. To raczej słabość, przypadłość – ale piękna.
Oczywiście, można się „wyleczyć” – najprostszy lek to ograniczenia budżetowe (śmiech). Ale w tej pasji najpiękniejsze jest to, że działa egalitarnie. Na naszych spotkaniach zegarkowych w Bielsku-Białej widzę ludzi z Rolexami czy Omegami i takich, którzy przychodzą z zegarkiem kupionym za dwie stówki. I wszyscy mają te same błyski w oczach.
A miałeś kiedyś moment, że trochę „odpłynąłeś” w tej swojej pasji?
O, pewnie. Nie finansowo, raczej emocjonalnie. Zdarzały się królicze nory – fascynacja g-shockami kostkami, kwarcami, vintage’ami. Miałem okres, że kolekcjonowałem tylko małe zegarki 36 mm, potem przerzuciło mnie na duże lotniki po 45 mm. To takie zegarkowe ADHD.

Czy mógłbyś zostać jednozegarkowcem?
Mógłbym – choć nie chciałbym. Fascynuje mnie koncepcja „jednego zegarka na całe życie”. Taki kompan, który towarzyszy ci we wszystkim. Ale kiedy otwieram pudełko i patrzę na swoje zegarki… nie umiałbym wybrać.
Zresztą – przez lata w ogóle nie nosiłem zegarka. Potem przez dekadę chodziłem z Garminem. Dopiero później zapragnąłem czegoś „z duszą”, bardziej inżynierskiego, i tak zaczęła się ta przygoda.
Na potrzeby wywiadu załóżmy, że musisz ten jedyny zegarek do „kolekcji”. Jaki by to był?
Serce mówi – Omega Speedmaster z 1982 roku. Kocham ten zegarek za jego związek z historią lotów kosmicznych. Jako inżynier zawsze miałem słabość do wszystkiego, co związane z techniką i kosmosem.
Ale gdybym miał patrzeć praktycznie, zostałbym przy Breitling Colt GMT – uniwersalny, solidny, pięknie wykonany. Przez moment go nie miałem w kolekcji, ale niedawno wrócił do mnie. I poczułem, że to „ten właściwy”.


Czy masz zegarek z jakąś szczególną historią?
Największą historię ma właśnie ten Speedmaster. Kiedy zaczynałem przygodę z zegarkami, miałem jego zdjęcie jako tapetę w pracy – był absolutnie poza zasięgiem. A potem, po latach, trafił do mnie. Na dodatek był to ten sam egzemplarz, jaki był moim pierwszym speedym spotkanym na żywo Zamknął się zegarkowy krąg.
Masz swoje ulubione marki, którym wybaczasz więcej?
Dawniej takim pewniakiem było Seiko – solidne, pomysłowe, przystępne. Ale z czasem marka trochę odpłynęła cenowo i jakościowo. Dziś dużo bardziej kibicuję polskim mikrobrandom – np. Crudo Carattere Marka Polewki. To człowiek z pasją, który dosłownie w swojej piwnicy tworzy zegarki od podstaw.
Lubię też to, co robią Arach, Gerlach, Vratislavia – każdy z nich ma swój pomysł i charakter. Uważam, że nasze polskie mikrobrandy mają w sobie więcej duszy niż niejedna wielka korporacja.

A czy widzisz siebie w roli twórcy mikrobrandu?
Nie. I to świadomie. Wiem, że nie zrobiłbym tego dobrze. Na papierze wydaje się to proste – dobrać kopertę, tarczę, wskazówki – ale w praktyce to cholernie trudne. Zegarek to nie jest suma części, tylko całość, która musi mieć sens.
Poza tym, łączenie pasji z biznesem jest ryzykowne. Przerabiałem to z fotografią – gdy stała się kiedyś moją pracą, przestała mnie cieszyć. Dlatego zegarki zostawiam jako czyste hobby.
Jaką wagę ma dla Ciebie logo na tarczy?
Chciałbym powiedzieć, że żadną – ale nie byłbym szczery. Oczywiście, fajnie mieć Omegę czy Breitlinga, ale dziś logo to dla mnie bardziej historia człowieka niż marki. W mikrobrandach kupujesz czyjąś pasję, nie prestiż.
Z dużych marek najbardziej lubię właśnie Breitlinga – ma świetną historię, ale też nie jest przesadnie snobistyczny. Do Rolexa nigdy mnie nie ciągnęło, choć doceniam model Milgauss za jego inżynierskie korzenie.
Jako, że jesteś inżynierem, muszę zadać to pytanie. Co jest dla Ciebie ważniejsze – mechanika czy emocje?
Zdecydowanie emocje. Nie obchodzi mnie dokładność chodu w sekundach. Liczy się to, co czuję, gdy zakładam zegarek. Czasem działa coś, co „nie powinno” działać, ale wywołuje uśmiech. Wtedy wiem, że to jest to.
Czy masz jeszcze jakiegoś „graala” na horyzoncie?
Nie. Speedmaster był moim graalem i udało się go zdobyć. Oczywiście są zegarki, które chciałbym mieć – np. IWC Ingenieur – ale to już bardziej zachcianka niż marzenie.
Na koniec – co powiedziałbyś komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z zegarkami?
Przede wszystkim – rób to po swojemu. Nie daj się wciągnąć w te wszystkie „must have’y”, zestawy kolekcjonera, best buy’e. Jeśli podoba ci się Casio F91W – to świetnie. Jesteś tak samo prawdziwym pasjonatem jak ktoś z Roleksem na ręku.
I druga rada – poznawaj ludzi. Idź na spotkania, dołącz do grup, porozmawiaj z innymi w realu. Zobaczysz, że ta pasja to nie tylko zegarki, ale też społeczność, w której każdy znajdzie swoje miejsce.
Autorem zdjęć zamieszczonych w publikacji jest Tomasz Tomanek.




